„Życie po raku” może być aktywne. Pokonałam raka, teraz Kilimandżaro

Chodzi po górach, pływa. W tym roku chciałaby skoczyć ze spadochronem, a w przyszłości zdobyć Kilimandżaro. Maria Bielawska ze Środy Wlkp. udowadnia, że „życie po raku” może być aktywne. Zdrowy styl życia, to wysiłek fizyczny

Joanna Bosakowska: Dowiedziała się pani, że jest chora na raka piersi...

Maria Bielawska: - W grudniu 2009 r. zrobiłam mammografię, wynik był niejednoznaczny: albo rak, albo niegroźna torbiel. Potem było USG, ale i ono też nie rozwiało wątpliwości. Zrobiono biopsję. Potwierdziła, że mam nowotwór piersi, złośliwy i że będę musiała przejść mastektomię.

Co się wtedy z panią działo?

- Pomyślałam, że trzeba się szybko tego pozbyć. Od wstępnej diagnozy do mastektomii minęły cztery miesiące. Operację przeszłam w maju, w czerwcu rozpoczęłam chemioterapię i hormonoterapię. To był najtrudniejszy okres. Chemioterapia wykluczyła mnie z życia zawodowego, bo bardzo źle ją znosiłam. Najgorsze było to, że straciłam włosy. Miałam fajne włosy przed chorobą i z ich utratą nie mogłam się długo pogodzić. Gdy przyjęłam ostatnią chemię, odetchnęłam z ulgą: "O, teraz włosy już mogą rosnąć".

We wrześniu wróciłam do pracy. Wszystko na mnie czekało. Wiele koleżanek traci pracę, stanowiska, albo w ogóle nie wraca do zawodu. Ja miałam szczęście.

Gdzie pani pracuje?

- Jestem lekarzem weterynarii, pracuję w inspekcji sanitarnej, badam mięso. Mam też prywatny gabinet. Po chorobie trochę przewartościowałam swoje życie. Nie zapominam o tym, że miałam raka. Co roku chodzę na badania. Minęło już pięć lat, więc - według statystyk - można uznać, że pokonałem raka. Ale z drugiej strony wróciłam do wszystkich swoich obowiązków, staram się żyć jak dawniej. Przez chemię mam tylko niestety osłabioną odporność, łapię więc szybko przeziębienia. Wcześniej tak nie było.

Ale nadal jest pani aktywna fizycznie.

- Jestem zodiakalnym Baranem, "rogatą duszą", bardzo zaborczą, jeśli chodzi o życie. Lubię sport. Pływam, chodzę na aqua aerobik, jeżdżę na rowerze, wędruję po górach. Niedawno byłam w Karkonoszach. W 2014 r. wzięłam też udział w Wielkopolskiej Pływackiej Spartakiadzie Amazonek w Lesznie. Znalazłam się nawet na podium.

Geny witalności odziedziczyłam po ojcu, który ma już 93 lata i przeszedł dwie choroby nowotworowe, ale nadal jest sprawny, aktywny, nie poddaje się. Oburza się, gdy się mówi, że czegoś nie może zrobić w pewnym wieku. Ojciec wspierał mnie w chorobie, ale też mąż i dzieci. Siostra, która mieszka w województwie lubelskim potrafiła wsiąść w pociąg i przyjechać do mnie na tydzień albo dwa. Nie miałam czasu, by usiąść w kącie i rozczulać się nad sobą. W czasie choroby poznałam wiele fajnych osób, którym udało się pokonać raka. Przede wszystkim to Amazonki. Krystyna Wechmann, prezes Federacji Stowarzyszeń "Amazonki", w wielu trudnych chwilach dodawała mi otuchy. Gdy nie mogłam spać w nocy, zaglądałam na stronę Amazonek i na czacie rozmawiałam z innymi kobietami.

Z Amazonkami pojechała pani też w Alpy.

- W 2012 r. pojechałyśmy na trekking wokół Mont Blanc. Wyprawę zorganizowała fundacja "Pokonaj raka" i Amazonki. Bałam się tego wyjazdu, bo byłam zaledwie dwa lata po operacji i chemioterapii. Żeby nabrać kondycji, pół roku wcześniej zaczęłam chodzić na siłownię, pływać, uprawiać nordic walking.

I udało się.

- Tak, choć lekko nie było, bo wchodziliśmy na wzniesienia, przełęcze, które leżały powyżej 2000 m, niektóre na wysokości 2800 m n.p.m. A w dodatku było to wyjątkowo upalne lato. Bywały dni, kiedy mówiłam: "O nie, następnego dnia już nigdzie nie idę!". Ale szłam. Bo gdy już dotarło się na górę, to było tak pięknie, tak cudownie!

Teraz marzy mi się wyprawa na Kilimandżaro. Choć może szybciej spełnię inne marzenie: safari w Afryce. W tym roku kończę 60 lat, może będzie to mój prezent na urodziny. A jak się nie uda, to z okazji urodzin skoczę ze spadochronem! Korci mnie to strasznie.

Prowadzi pani bardziej aktywne życie niż wiele zdrowych osób.

- Osoby, które zachorowały na raka, często zamykają się w sobie i myślą, że choroba nie pozwala im na zrobienie wielu rzeczy. A tak nie jest. Teraz jest tak wiele możliwości. Nie trzeba koniecznie wspinać się po Alpach, można spacerować, tańczyć, iść na rower, basen. Najgorsze, co można robić, to zacząć się dołować.

Bywało, że ja też miałam chwile zwątpienia. Ale ważne, by otaczać się ludźmi, którym chce się coś robić, którzy wyciągną nas z domu choćby na krótki spacer, na rozmowę. Wokół mnie takie osoby były i są. Teraz zachorowała na raka moja koleżanka. To waleczna dziewczyna. Mówi, że kiedy patrzy na moją historię, wierzy, że jej także się uda wygrać z chorobą.

Rozmawiała Joanna Bosakowska
Serwis na swoich stronach www wykorzystuje m.in. pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Jeśli kontynuujesz przeglądanie naszej strony bez zmiany ustawień przeglądarki, przyjmujemy, że wyrażasz zgodę na użycie tych plików. Jednak zawsze możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.
Zamknij