Dieta. Tej rewolucji nic nie powstrzyma!

Pewnego dnia usiadłam przed komputerem i zaczęłam przeglądać, co je w przedszkolu moje dziecko. Nazajutrz przyniosłam czterostronicową listę produktów, których nie może w przedszkolu jeść - tak zaczęła się moja krucjata...
 
Rozmowa z Karoliną Domagalską, wuefistką, koordynatorką promocji zdrowia w zespole szkół publicznych nr 3 w Pleszewie

Sylwia Sałwacka: Listę zaczynały?

Karolina Domagalska : Złej jakości parówki i białe pieczywo, ciastka, dżemy, nutella, słodycze, kupne soki, słodkie chrupki, słodkie płatki, złej jakości wędliny i sery. Moje uwagi dotyczyły głównie śniadań i deserów, bo obiady były OK. Zaznaczyłam, że syn pije tylko czystą wodę. To nie był mój wymysł. On rzeczywiście nie lubił ani mleka, ani słodzonej herbaty. W naszym domu nie używa się białego cukru.

Może łatwiej było napisać, co może jeść?

- Chciałam ułatwić sprawę kucharkom. Uznałam, że to ja muszę dostosować się do reszty, a nie reszta do mnie. Menu jest w miarę stałe, powtarza się. Więc je zmodyfikowałam pod kątem swojego dziecka.

Ale pani nie jest dietetyczką?
- Chciałam ułatwić sprawę kucharkom. Uznałam, że to ja muszę dostosować się do reszty, a nie reszta do mnie. Menu jest w miarę stałe, powtarza się. Więc je zmodyfikowałam pod kątem swojego dziecka.
Ale pani nie jest dietetyczką?
- Nie, ale zawsze interesował mnie zdrowy styl życia. Mam dwoje dzieci: starszy Michał ma już 22 lata. Młodszy - Tymek prawie sześć. Pewnego dnia usiadłam przed komputerem i zaczęłam przeglądać, co syn je w przedszkolu. Dyrekcja codziennie zamieszczała w sieci aktualne menu. Przeczytałam je uważnie, a potem zajrzałam do archiwum i przejrzałam cały rok wstecz. Wzięłam kartkę i zaczęłam spisywać rzeczy, których syn - moim zdaniem - nie powinien jeść. Z każdego posiłku coś wykreśliłam.
Wiedziałam, że syn nie odżywia się w przedszkolu zdrowo, że np. je duże ilości cukru. Mówiąc szczerze, przyzwalałam na to, bo nie chciałam robić z niego odludka, dziwoląga. Ale byłam zszokowana, że w menu jest tak mało rzeczy zdrowych, wartościowych. Przecież to jedzą małe dzieci!
Spisała pani listę, i co?
- Zaniosłam ją do przedszkola, długo rozmawiałam z nauczycielkami, było miło, ale rewolucja nie wybuchła. Zmieniałam menu Tymka, ale nie zmieniłam przedszkolnego menu. Jeśli na deser były słodkie galaretki czy ciastka, on jadł owoce. Zamiast soków - pił wodę. Jeśli na śniadanie była biała bułka z nutellą, Tymek jadł ciemne pieczywo z samym masłem. Choć zdarzało się, że szłam na ustępstwa. Nie czuł się wyalienowany, bo dużo z nim rozmawiałam na ten temat.
Poruszyłam też temat zmiany diety na wywiadówce. Prosiłam, żeby w czasie imienin czy urodzin nie promować złej jakości słodyczy, tylko upiec coś w domu: na miodzie, bez cukru. Przekonywałam, żeby nie przynosić lizaków, chipsów, czekoladek, wafelków. Tylko np. sezonowe owoce. Jeśli Tymek miał urodziny, piekliśmy w domu razem babeczki z cukrem trzcinowym. Starałam się nie kupować gotowych rzeczy, choć muszę przyznać, że mamy w Pleszewie dobre piekarnie. Można kupić w nich świetny chleb i ciastka. Wydaje mi się, że część rodziców rozumiała mnie, wielu poparło. Ale zrewolucjonizować całego przedszkola, niestety, ostatecznie się nie udało. Nie tym razem.
Rozmawiała pani z dyrekcją?
- Rozmawiałam, i pani dyrektor uważała, że jako matka mam prawo ingerować w menu syna. Ale nie widziała problemu w szerszej skali. Prawdę mówiąc, jedzenie nie było w tym przedszkolu aż takie złe. Kucharki nie dodawały do zup soli ani glutaminianu sodu. Nie gotowały zup z torebki. Gorzej działo się w szkolnej stołówce w mojej pracy. Tu zupy były zwyczajnie przesolone! O innych rzeczach nie wspominając.
Jestem mamą dziecka z porażeniem mózgowym. Przeszłam długą drogę rehabilitacji, kiedy urodził się Michał. Zauważyłam, że stan mojego syna zależy od diety. Ludzie dziwią się, kiedy to mówię. Mnie też było trudno na początku w to uwierzyć. Tę wiedzę nabywałam powoli. Zauważyłam, że im więcej naturalnych produktów je Michał, tym mamy z nim mniej problemów. Najbardziej szkodził mu cukier, kiedy go odstawiliśmy, Michał zaczął się lepiej rozwijać, był bardziej dotleniony, miał więcej sił. Ta różnica była tak widoczna, że zdopingowała mnie do dalszych poszukiwań. Kiedy Michał się urodził, byłam młodą mamą. Nie wiedziałam, jak ważne jest karmienie dzieci. Odkryłam to dopiero w USA.
Gdzie?
- Pojechaliśmy do Instytutu Osiągania Ludzkich Możliwości w Filadelfii. To tam pierwszy raz usłyszałam o zdrowej żywności, o tym jak wiele zależy od tego, co jemy.
Sześć lat temu niebiosa nam zesłały drugiego syna, i w odróżnieniu od Michała, który ciągle był w szpitalu, Tymka karmiłam piersią przez trzy lata. Był okazem zdrowia. Zaczął chorować, kiedy poszedł do przedszkola. OK, w przedszkolu jest dużo dzieci, jedno łapie grypę od drugiego, ale w tej historii coś mi nie grało. To wtedy zaczęłam sprawdzać, co syn je w przedszkolu. I doszłam do wniosku, że jedzenie, które serwuje się dziś maluchom, nie wzmacnia ich odporności: jest po prostu słabej jakości. Kiedy organizm jest dobrze odżywiony, jest silny, dzieci tak nie chorują. I kiedy zmieniałam menu, Tymek zaczął rzeczywiście rzadziej chorować.
W szkole, w której pani pracuje, też próbowała pani coś zmienić?
- Przez kilka lat rozmawiałam z właścicielką szkolnego sklepiku, żeby eliminowała niezdrowe, śmieciowe produkty.
Udawało się?
- Nie do końca. Część rzeczy udało się wycofać, ale i tak było tam za dużo "śmieci". Nie poddawałam się. Kiedy usłyszałam, że w ramach Wielkopolskiej Onkologii można zmieniać szkolne stołówki, poprosiłam burmistrza, żeby nas wsparł i zgłosił pleszewskie szkoły do projektu. Udało się. W szkole odbyły się warsztaty kulinarne ze zdrowego gotowania, nasza kuchnia przeszła małą rewolucję. No i wtedy rząd wprowadził w życie tarczę antyfasfoodową. Miałam już z górki.
Nie było protestów, nikt się w szkole nie burzył, że zdrowe jedzenie jest niesmaczne?
- Oczywiście, pojawiają się wciąż głosy niezadowolenia, ale nie słyszałam, żeby dzieci przynosiły do szkoły cukier czy sól w kieszeni. Może dlatego, że od dawna na lekcjach promowaliśmy zdrowy styl życia, w szkolnych gazetkach pisaliśmy teksty o dobrych nawykach, choćby jak ważne jest jedzenie śniadań. Ale co z tego, jeśli mówisz uczniowi, że słodki baton nie ma żadnych wartości, że po jego zjedzeniu zasypiasz na lekcji i nie masz sił skupić uwagi na nauce, skoro właśnie ten baton można kupić w szkolnym sklepiku?
Niektórzy uważają, że szkoła nie jest od tego, by mówić dzieciom, co mają jeść? Zadaniem szkoły jest edukowanie, upowszechnienie wiedzy. W szkole nie pali się papierosów. A skoro nie pali, to też nie pije coli. Co uczeń zrobi z tą wiedzą potem, to jest już jego sprawa. Zrobi, co będzie chciał. Ja mam poczucie, że zrobiłam w tej sprawie wszystko, co mogłam.
Widać efekty?
- Widać. I myślę, że jeśli PiS zgodzi się na jakieś odstępstwa od tej reformy lub w ogóle zaneguje tarczę, my - jako szkoła - nie zejdziemy już z tej drogi. Będziemy dalej kupować zdrowe produkty, pić wodę i robić akcje prozdrowotne. Ta rewolucja jest już na takim etapie, że nie da się tego odkręcić.
Rozmawiała Sylwia Sałwacka
Serwis na swoich stronach www wykorzystuje m.in. pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Jeśli kontynuujesz przeglądanie naszej strony bez zmiany ustawień przeglądarki, przyjmujemy, że wyrażasz zgodę na użycie tych plików. Jednak zawsze możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.
Zamknij