Zdrowy styl życia. Uważaj na dietę! To polisa na życie!

- Dieta w pierwszych trzech latach życia dziecka ma wpływ na jego zdrowie w dorosłym życiu - mówi Maria Hirowska, dietetyczka, specjalista w zakresie odżywiania dzieci na dietach specjalnych, na co dzień opiekun ekologicznych upraw w Folwarku Wąsowo, prowadzi bloga antoshkowesmaczki o naturalnym gotowaniu dla dzieci, moderator projektu Zdrowy Przedszkolak.org, mama 6-letniego Antosia i 10-miesięcznej Jagody

Joanna Bosakowska: Odżywiała się pani zdrowo podczas ciąży?

Maria Hirowska: - Oczywiście. Jest takie powiedzenie „jestem tym, co jem”. Nasze dzieci także „są tym, co my jemy”, wartościami i smakami, które im dostarczamy. I to już w czasie ciąży. Dieta mamy i przyprawy, jakie stosuje w kuchni, kształtują smak dziecka. Część przypraw przenika po prostu do wód płodowych i sprawia, że dziecko poznaje te smaki, dzięki czemu później łatwiej je będzie akceptować.

Zresztą dotyczy to nie tylko żywienia, ale i - niestety - używek. Wyobraźmy sobie, jaki zapach roznosi się na sali porodowej, kiedy mama paliła papierosy w ciąży. Wie o tym każda położna.

Jeśli mama je dużo słodyczy albo słonych przekąsek, np. czipsów, to dziecko będzie potem wybierało te smaki?

- I tak, i nie, bo smaki słodki i słony z natury są preferowane przez człowieka. Ten pierwszy kojarzy się z ciepłem, poczuciem bezpieczeństwa, sytością. Mleko kobiece jest słodkie, bo jest bogate w laktozę, czyli cukier mleczny. Smak słony mówi nam zaś o bogactwie minerałów.

Organizm łaknie więc słodkich i słonych potraw.

- Ale w umiarkowanych ilościach. A problem w tym, że solimy i słodzimy za dużo, a to dla naszego zdrowia nie jest dobre. Ugotowane ziemniaki są słodkie. Ale gdy je dosalamy, to przyzwyczajamy się do innego smaku, więc w wersji bez soli nie chcemy ich jeść. I tego uczymy też nasze dzieci: dosalając i dosładzając potrawy zmieniamy im poziom odczuwania smaków. Robimy to, bo przygotowując potrawy kierujemy się naszymi preferencjami i doznaniami smakowymi, które mogą być już wypaczone. Zapominamy, że smak dziecka to dziewicza wyspa, którą należy dopiero zasiedlić smakami.

Gdyby dzieci od zawsze jadły kartofle bez soli, toby im smakowały?

- Tak, bo byłby to normalny dla nich smak. Kuchnia polska niestety bazuje na produktach mocno dosalanych. Nieraz widziałam, gdy pani domu, do wody gotowanej na makaron, wsypywała łyżkę stołową soli!

Gdy trzeba przejść na dietę niskosodową, choćby z powodu nadciśnienia, to człowiek przeżywa szok. Po długich tygodniach dopiero odkrywa, że kalafior ma orzechowy smak, a marchewka jest słodka.

Pani nie używa w kuchni soli?

- Używam, ale w bardzo małych ilościach. Zastępuję ją różnorodnymi przyprawami i nigdy ich nie ograniczałam, zarówno będąc w ciąży, jak i podczas karmienia dzieci. Córka Jagoda, która ma niecały roczek, próbowała już większości stosowanych przeze mnie przypraw, kurkumy, gałki muszkatołowej, kozieradki, czarnuszki, czosnku, pietruszki, koperku.

A dania w słoiczkach?

- Unikamy ich, wolimy przygotowywać sami jedzenie. Kiedyś spróbowałam takiego dania ze słoiczka i mam wrażenie, że te potrawy wszystkie smakują podobnie. Poza tym one wszystkie mają taką samą konsystencję, a w diecie małych dzieci ważne jest to, żeby poznawały nie tylko różne smaki, ale i strukturę, konsystencję, kolor, zapach. Widzę to czasem w przedszkolu, dzieci wkładają surówkę do ust i ją wypluwają, bo nie znają takiej struktury. Albo w ogóle nie potrafią gryźć. Dlatego tak istotne jest, aby w pierwszym roku życia dziecka wprowadzać do jego diety jak najwięcej różnorodnych pokarmów, bo potem - gdy na przykład pojawi się u nich "nowowstręt", czyli odrzucanie wszystkiego, co nowe - będzie to już trudniejsze.

Naukowcy przekonują, że dieta dzieci ma niebagatelny wpływ na ich zdrowie w przyszłości.

- Proszę sobie wyobrazić, że jest taki etap w trakcie ciąży, kiedy dziecko w ciągu 100 dni 40-krotnie powiększa swoją masę. Jak różnorodnych składników potrzebuje ten mały organizm, aby wytworzyć najlepsze jakościowo tkanki, bazę na całe swoje życie! Dzieci z małą wagą urodzeniową, spowodowaną na przykład błędami w diecie, częściej zapadają w późniejszym wieku na choroby cywilizacyjne. Otyłość, choroby sercowo-naczyniowe, cukrzyca, osteoporoza, rak, zawał serca, alergia to są choroby, które sami sprowadzamy na nasze dzieci.

Podobnie ważny, jak ciąża, jest okres po urodzeniu dziecka, zwłaszcza okres laktacji.

- Tak, dla mnie to nierozerwalna ciągłość. Etap laktacji wynika z bycia w ciąży. A mleko matki to najbardziej wartościowy pokarm, jedyny odpowiedni dla małego ssaka, jakim jest noworodek. To biologiczny ładunek informacji, energii, budulca, który nie ma sobie równych. I dlatego zaleca się, by karmić niemowlę przez sześć miesięcy, a nawet i dłużej. Mleko w proszku stało się cywilizacyjnym symbolem wyboru i wolności mam. A jest i będzie tylko zastępnikiem, któremu bardzo daleko do oryginału.

Gdy leżałam z córką na porodówce widziałam, jak niektóre mamy rezygnowały z karmienia piersią, nie zdawały sobie sprawy z tego, jak ważne jest to w rozwoju dziecka. I dla jego zdrowia nie tylko w najbliższych dniach, ale także po wielu latach.
 
Jakie błędy najczęściej popełniają matki?

- Wybierają drogę na skróty i dosładzają potrawy, bo wtedy maluch je chętniej zjada. Gdy dziecko nie chce jeść warzyw, na przykład brokułów, szybko rezygnują z wprowadzenia ich do diety. A przecież dziecko musi mieć czas, zanim zaakceptuje nową rzecz. Żywienie dzieci wymaga cierpliwości i czasu. Ale może być też fajną zabawą i przygodą

Jak pani przekonuje swoje dzieci do jedzenia warzyw?

- Zawsze jadamy razem z naszymi dziećmi i staramy się, żeby nasze dania wyglądały podobnie. Dzieci uczą się od nas, więc nie możemy się dziwić, że nie chcą jeść owsianki, gdy my mamy przed sobą chleb z żółtym serem i parówkę. Ale rodzic ma na talerzu to samo, jedzenie potraw staje się rzeczą naturalną i oczywistą, a ich próbowanie staje się łatwiejsze.

Zresztą nie tylko dom powinien dawać dobre przykłady. Od kilku lat prowadzę zajęcia edukacyjne w ramach kampanii Zdrowy Przedszkolak.org. Kampania prowadzona jest w całej Polsce, a ja jestem jedną z kilku moderatorek w Poznaniu. Jej celem jest wprowadzenie do przedszkoli naturalnego żywienia, przygotowywanego na miejscu i to z produktów jak najmniej przetworzonych. Forsowanie dobrych zasad.

Są efekty?

- Panie kucharki są bardzo otwarte, nastawione na zmiany. Ważne jest pozytywne podejście do zadania wszystkich pracowników, także nauczycieli. Co z tego, jeśli dzieci dostaną owsiankę, a ich opiekunka będzie się na nią krzywić? To sygnał, że "coś tu nie gra". Dzieci są świetnymi obserwatorami.

Mój syn chodził do przedszkola, w którym były grupy mieszane, dzieci w wieku od trzech lat do sześciu. Zdarzało się, że gdy na śniadanie przedszkolaki dostawały kaszę jaglaną z prażonymi jabłkami, najmłodsze dzieci kręciły na nią nosem. Ale gdy widziały, że starsze dzieci jedzą kaszę, to także jej próbowały.

A jak przekonać do zdrowego jedzenia wyjątkowo opornego malucha?

- Językiem korzyści. Na przykład: gdy będziesz jadł marchewkę, to będziesz miał tak świetny wzrok jak tata. Albo: jedząc brokuły, będziesz szybciej biegał.

Pani syn nigdy w sklepie nie prosił o cukierki?

- Jasne, że prosił. Wtedy wybieramy gorzką czekoladę albo "zdrowe" słodycze, na przykład batoniki z suszonymi owocami i zbożami. Chodzi o to, by oprócz cukru coś jeszcze w tej przekąsce było dobrego dla organizmu. Poza tym staram się, żeby ten smak słodki pojawiał się w jadłospisie. Gdy Antek przychodzi do mnie i mówi, że zjadłby coś słodkiego, to pieczemy muffinki, albo proponuję mu chleb pełnoziarnisty z powidłami bez cukru, robionymi przez moją mamę.

A co, jeśli do szkoły dzieci, na przykład z okazji swoich urodzin, przynoszą cukierki i częstują nimi innych uczniów?

- Takich sytuacji nie da się uniknąć. Ale można porozmawiać wcześniej z rodzicami i ustalić, że zamiast cukierków dziecko będzie przynosić coś innego, na przykład upieczone w domu ciasto, ciastka, albo owoce.

Czy zmiany wprowadzone we wrześniu w szkolnych sklepikach i stołówkach to dobry pomysł?

- Moim zdaniem tak. Szkoła to miejsce edukacji, a nie handlu, dlatego właściciele szkolnych sklepików muszą się przystosować do tych zmian i podjąć to wyzwanie.

Ale zmiany w nawykach żywieniowych powinno się wprowadzać stopniowo, nie szokowo, najlepiej od najmłodszych lat, w domu, przedszkolu, a potem w szkole. Stoimy na skraju przepaści, szybko doganiamy kraje, które borykają się z problemem otyłości wśród dzieci. Wcześniej ochronił nas przed tym... komunizm, bo w sklepach po prostu nie było tylu produktów wysokoprzetworzonych, jak teraz. Ale, niestety, obecnie to nadrabiamy i po dwóch dekadach doganiamy niechlubną czołówkę krajów wysokorozwiniętych, które ten sam efekt osiągnęły w kilkadziesiąt lat.

Rozmawiała Joanna Bosakowska
Serwis na swoich stronach www wykorzystuje m.in. pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Jeśli kontynuujesz przeglądanie naszej strony bez zmiany ustawień przeglądarki, przyjmujemy, że wyrażasz zgodę na użycie tych plików. Jednak zawsze możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.
Zamknij